Per Petterson
Kradnąc konie
Autor: Per Petterson
Liczba stron: 284
Nr wydania: 1
Rok wydania: 2008
Wydawnictwo: WAB
ISBN: 9788374144032
Nazwa serii wydawniczej: Don Kichot I Sancho Pansa
Okładka: twarda
Wymiary: 13x20.5
Powieść uhonorowana nagrodą norweskich krytyków literackich, nagrodą norweskich księgarzy, w 2006 roku przyznano jej Independent Foreign Fiction Prize, a w 2007 prestiżową IMPAC Dublin Literary Award. Prawa do jej przekładu nabyły wydawnictwa z ponad dwudziestu krajów.Trond Sander zawsze pragnął zamieszkać na pustkowiu. Swoje zamierzenie może zrealizować w wieku sześćdziesięciu siedmiu lat, po śmierci żony. Spokój, który spodziewa się znaleźć w mroźnych norweskich lasach, nie będzie jednak zupełny. Pewnej nocy Trond poznaje swojego jedynego sąsiada, a spotkanie z nim nieoczekiwanie budzi wspomnienia. Mężczyźni spotkali się już w 1948 roku, kiedy piętnastoletni bohater spędzał z ojcem wakacje na farmie. Doświadczenia, które chłopak zebrał tego niezwykłego lata ? tragiczna śmierć niewinnej osoby, gorycz zdrady, pierwsza miłość i pierwsze doświadczenia erotyczne ? miały wpływ na cały jego dalszy los."Kradnąc konie" to nastrojowa opowieść o upływie czasu, zmieniających się niepostrzeżenie etapach naszego życia. Fascynujące, parne, pełne emocji lato młodego bohatera miesza się z chłodną, spokojną aurą jego starości. Książka napisana przejrzystym, sugestywnym językiem, na długo pozostaje w pamięci.Pettersonowi udało się znakomicie oddać dwie rzeczy: przeczucie co do kruchości życia oraz pełne napięcia oczekiwanie na chwilę, kiedy to przeczucie stanie się faktem. Oszczędna, zaskakująca proza odbiera dech w piersiach jak silne uderzenie mroźnego wiatru.?Daily Express?Okrucieństwo i piękno natury opisane żywym, melancholijnym, a przy tym boleśnie konkretnym językiem.?Süddeutsche Zeitung?Zadziwiające, jak spokojna jest to książka, mimo że tyle się w niej dzieje? ?Die Zeit?Petterson nie korzysta ze stereotypów, konwencjonalnych obrazów. Lub raczej ?przetwarza je w taki sposób, że zmuszeni jesteśmy przyjrzeć im się na nowo.?Le Nouvel Observateur?Powieść Pera Pettersona na długo pozostaje w myślach czytelnika, jest tak hipnotyczna jak gęsty norweski las, w którym częściowo toczy się akcja ? chłopiec na skraju dorosłości, lato pełne tragedii, krajobraz i klimat Norwegii opisane pięknym, czystym i eleganckim stylem.?Sunday Herald?Piękna opowieść o męskim życiu w powojennej Skandynawii. Jak norweski western.?Dagens Nyhter?Prawdziwy klejnot: skromny, lecz olśniewający.?The Independent?Niezwykła powieść o różnych etapach w życiu; o chwilach, które zmieniają nas na zawsze.?Lire?Per Petterson (ur. 1952) ? zanim w 1987 roku zadebiutował zbiorem opowiadań Aske i munnen, sand i skoa, imał się różnych zajęć: pracował fizycznie, był księgarzem i tłumaczem. Jest autorem utworów prozą oraz esejów, cenionych w Norwegii i tłumaczonych na wiele języków.
Przeczytaj fragment książki
Poleć znajomemu:
Szczególnie polecamy:
Trzepot skrzydełoprawa broszurowa
Katarzyna Grochola
Cena
23.40 zł
Wysyłka 3-5 dni
Synowie buntuoprawa broszurowa
Frank E. Peretti
Cena
17.10 zł
Wysyłka 3-5 dni
Bridaoprawa broszurowa
Paulo Coelho
Cena
31.49 zł
Wysyłka 3-5 dni
Klienci którzy kupili ten produkt kupili także:
Wpadkabroszurowa
Nick Hornby
Cena
27.00 zł
Wysyłka 3-5 dni
Ruchytwarda
Sławomir Shuty
Cena
35.99 zł
Wysyłka 3-5 dni
Polecamy również
Cena
11.60 zł
Cena
25.49 zł
Noty wydawnicze:
Trond Sander zawsze pragnął zamieszkać na pustkowiu. Swoje zamierzenie może zrealizować w wieku sześćdziesięciu siedmiu lat, po śmierci żony. Spokój, który spodziewa się znaleźć w mroźnych norweskich lasach, nie będzie jednak zupełny. Pewnej nocy Trond poznaje swojego jedynego sąsiada, a spotkanie z nim nieoczekiwanie budzi wspomnienia. Mężczyźni spotkali się już w 1948 roku, kiedy piętnastoletni bohater spędzał z ojcem wakacje na farmie.
Doświadczenia, które chłopak zebrał tego niezwykłego lata – tragiczna śmierć niewinnej osoby, gorycz zdrady, pierwsza miłość i pierwsze doświadczenia erotyczne – miały wpływ na cały jego dalszy los.
"Kradnąc konie" to nastrojowa opowieść o upływie czasu, zmieniających się niepostrzeżenie etapach naszego życia. Fascynujące, parne, pełne emocji lato młodego bohatera miesza się z chłodną, spokojną aurą jego starości. Książka napisana przejrzystym, sugestywnym językiem, na długo pozostaje w pamięci.
[Wydawnictwo W.A.B., 2008]
Recenzje:
dodał: dansemacabre
2008-04-27 00:00
Chociaż w tej powieści słyszymy cały czas wyraźnie tętent końskich kopyt przemierzających w pamięci bohatera jego inicjacyjną przestrzeń, jest to jednak książka całkowicie pozbawiona dynamizmu i siły oddziaływania. Chociaż traktuje o zdarzeniach i myślach doniosłych, ważnych i wrzących od ukrytych znaczeń, jest chłodna i w swej oczywistości bardzo przewidywalna. Czyta się „Kradnąc konie” z niesłabnącą nadzieją na to, że statyka zdarzeń jednak prowadzi do jakiejś dynamicznej pointy. Chce się, aby ta książka poruszyła do żywego, bo i mogłaby to zrobić. Niestety, powstaje nam z tego coś na kształt skandynawskiego westernu. Ta efemeryda jest jeszcze bardziej dziwna przez to, że czujemy żar tropikalnego wręcz lata norweskiego (?), a bohaterowie – zarówno ci występujący w fabularnym praesens, jak i ci, którzy pojawiają się w retrospekcjach – są bardzo rozmyci i nieprzekonujący. Są papierowi, a może lepiej użyć określenia – drewniani. Drewna akurat dużo będzie w tej książce, z drewnem mozolić się będą dzielni drwale i drewno pachnieć będzie prawie na każdej stronie tej opowieści. Opowieści właściwie o niczym. O życiowej roli, o opuszczeniu, o poczuciu alienacji, o tęsknocie. Rozmyty jest jednak przekaz tej książki tak, jak rozmywają się w pamięci kontury rączych rumaków, jakich próbują dosiadać bohaterowie.
Trond postanawia w jesieni swego życia osiąść w leśnej głuszy. Dlaczego las tak bardzo jest dla niego ważny? „Stanowił część mojego życia przed wieloma laty, jak nic innego później, a potem zniknął na długi, długi czas, i kiedy nagle wokół mnie zrobiło się zupełnie cicho, zrozumiałem, jak bardzo za nim tęskniłem”*. Leśna cisza i klimat pozwolą Trondowi w skupieniu rozliczyć się z własną przeszłością, na nowo przeżyć pewne gorące lato 1948 roku i w tym, co było odnaleźć fundament siebie teraźniejszego. Myślowe ucieczki w przeszłość są próbą mentalnego rozstania się z ojcem bohatera, z którym nie miał on okazji naprawdę się pożegnać i który wciąż pozostaje cieniem w jego pamięci. Bardzo statycznie opisane są perypetie ojca i syna, ich wzajemne zależności i niedopowiedzenia, które staną się źródłem późniejszego kryzysu tożsamości Tronda. Nade wszystko jednak ważne jest w tej powieści rozliczanie się z czasem i oswojenie jego upływu, nadanie mu wyraźności i znaczenia. Trond bowiem myśli następująco: „Czas jest teraz dla mnie ważny, tak myślę. Nie chodzi mi o to, że ma płynąć szybko czy wolno, jest po prostu ważny jako czas, jako coś, w czym żyję i co wypełniam konkretnymi czynnościami i pracami, którymi mogę go podzielić, tak aby stał się dla mnie wyraźny i nie znikam, gdy go zauważam”**. Czas ojca i syna przeżyty na nowo pozwoli bohaterowi odpowiedzieć na kilka pytań dotyczących sensu własnej egzystencji. Niestety, próby odpowiedzi bynajmniej nie będą ani frapujące, ani odkrywcze.
Nieopodal Tronda mieszka jeszcze ktoś. Okazuje się, że Lars jest tak samo obarczony doświadczeniami z młodości i równie mocno próbuje odciąć się od nich z dala od ludzi. O ile jednak Trond analizuje to, co się stało, nie wiemy dokładnie, jaką rolę w powieści pełni Lars. Poznajemy tylko pytanie, którego Trond nie jest w stanie mu zadać: „Czy zająłeś to miejsce, które właściwie należało do mnie? Czy dostałeś lata mojego życia, które ja miałem przeżyć?”***. Wydawać by się więc mogło, iż postać Larsa jest symboliczną wytyczną do rozważań na temat tej sfery znaczeniowej książki, jaka odnosić się może do znaczenia życiowej roli i odpowiedzialności za własne czyny. Lars na początku fascynuje, potem ma się już wrażenie, że Petterson nie za bardzo wie, co z nim zrobić. I co robi? Ano nic. Rozmywa się ten bohater. Nieprzypadkowo używam po raz kolejny tego określenia. „Kradnąc konie” jest bowiem powieścią, która zwyczajnie ulega rozmyciu, choć mogłaby nam wiele dać. Otrzymujemy za to garść truizmów głoszonych przez Tronda, w stylu „Moim zdaniem, sami tworzymy nasze życie, ja w każdym razie sam je sobie stworzyłem, na tyle, na ile jest ono tego warte, i biorę za to pełną odpowiedzialność”****. Na naszych oczach rozegrają się zdarzenia z przeszłości, których wykładnia jest dość oczywista, zaś Trondowskie odizolowanie się od świata, zaczytanie w Dickensie i segregowanie tego, co minione na półkach wspomnień okrywa tę postać staroświeckim kurzem, który bardzo trudno jest usunąć w trakcie czytania i spojrzeć na tę książkę jak na piękną opowieść o dorastaniu, bo taką chyba jest w zamierzeniu autorskim.
Petterson udowadnia, że można napisać powieść wedle wszelkich prawideł gatunku i można także zachwycać się lekkością i pięknem łączenia ze sobą fraz, jednak… jest to opowieść, którą można podziwiać przede wszystkim za formę. Pod misterną formą nie ukrywa się żadna oryginalna treść. A przynajmniej nie treść, która znacząco wpisałaby tę opowieść w kanon egzystencjalnych rozważań literackich na temat istoty życia i przemijania.
Pozostaje tylko tętent kopyt gdzieś na norweskich bezdrożach. Tylko. A to bardzo mało.
---
* Per Petterson, "Kradnąc koniec", tłum. Iwona Zimnicka, wyd. W.A.B., 2008, s. 138.
** Tamże, s. 12.
*** Tamże, s. 238.
**** Tamże, s. 79.